Render powstaje jak zdjęcie, tylko bez aparatu. Silnik do realistycznych renderów śledzi drogę światła w scenie: od lamp, przez odbicia od metalu i załamania w szkle, aż do wirtualnej kamery. Im wierniej ma to wyglądać, tym dłużej liczy. Jedna klatka zajmuje od kilku sekund do wielu minut, a w ciężkich scenach dłużej. Dziesięć sekund animacji w 25 klatkach na sekundę to 250 takich obrazów, dlatego dłuższe filmy liczy się czasem na wielu komputerach naraz. W Polsce render często nazywa się wizualizacją, zwłaszcza w architekturze i wnętrzach.
Przy Dawtonie rendery były tylko narzędziem, a liczył się efekt: marka miała wyglądać młodziej i odważniej. Każdą animację produktu ustawiamy ręcznie: światło, materiał, tempo i odbicie czerwieni w szkle.
Render czy zdjęcie
Render wygrywa, gdy produktu jeszcze nie ma, gdy ma kilkanaście wariantów albo gdy zmienia się etykieta. Wtedy podmienia się teksturę i przelicza sceny jeszcze raz, bez nowej sesji. Wygrywa też tam, gdzie aparat nie wejdzie: w przekroju, we wnętrzu urządzenia, w ujęciu z dowolnej strony.
Zdjęcie wygrywa, gdy produkt już istnieje, jest jeden i ma być pokazany w prawdziwym otoczeniu, z ludźmi albo z jedzeniem na talerzu. Sesja zdjęciowa wyjdzie wtedy zwykle szybciej i taniej.
Materiały, światło i rozmiar
Render jest tak dobry, jak materiały i światło. Ten sam model z domyślnym materiałem wygląda jak plastikowa zabawka. Rozmiar też ustala się na starcie. Render na okładkę katalogu czy billboard trzeba policzyć od razu w dużej rozdzielczości (DPI), bo powiększenie gotowego obrazu nie doda szczegółów.
Obraz 3D może też liczyć się na żywo, w przeglądarce (WebGL). Wtedy model musi być lekki (low poly), a światło prostsze niż w filmie.