Zespół, który od miesięcy pracuje nad stroną, zna ją na pamięć i przestaje widzieć jej problemy. Wystarczy posadzić przed nią kogoś z zewnątrz i dać mu zadanie: znajdź instrukcję montażu tej pompy. Po dwóch minutach ten ktoś trzeci raz przegląda menu, a zespół widzi coś, czego nie pokazał żaden raport.
Test użyteczności nie pyta, czy strona się podoba. Sprawdza, czy da się na niej załatwić sprawę.
Jak wygląda test
- Ustala się zadania, które ludzie naprawdę wykonują: znaleźć produkt, porównać dwa modele, wysłać zapytanie.
- Zaprasza się kilka osób z grupy docelowej. Nie pracowników firmy i nie rodzinę prezesa.
- Uczestnik wykonuje zadania i mówi na głos, co myśli. Prowadzący nie podpowiada, nawet gdy bardzo chce.
- Notuje się, gdzie ludzie się zatrzymują, co źle rozumieją i gdzie rezygnują. Z tego powstaje lista poprawek, od najpoważniejszych.
Duża próba nie jest potrzebna. Według Jakoba Nielsena około pięciu osób z jednej grupy odbiorców wystarcza, żeby wyłapać większość powtarzających się problemów. Lepiej zrobić trzy małe rundy z poprawkami pomiędzy niż jedno duże badanie na koniec.
Najtaniej testuje się prototyp, zanim powstanie kod. Działającą stronę też można badać, tylko każda poprawka kosztuje wtedy więcej.
Testy użyteczności a analityka
Analityka i testy A/B mówią, co się dzieje: ilu ludzi wychodzi z koszyka i który wariant przycisku daje więcej konwersji. Testy użyteczności mówią, dlaczego tak się dzieje. Najlepiej działają razem. Liczby pokazują, gdzie szukać, a obserwacja, co poprawić.