Firma płaci za reklamę nowej usługi. Ktoś klika w reklamę i trafia na stronę główną: karuzela haseł, menu z dziewięcioma pozycjami i ani słowa o usłudze, którą przed chwilą widział. Po kilku sekundach wychodzi, a pieniądze za kliknięcie są już wydane.
Landing page naprawia ten błąd. Mówi dokładnie o tym, co obiecała reklama, i prowadzi do jednego działania. Wszystko, co od niego odciąga, wylatuje: pełne menu, odnośniki do bloga, trzy różne oferty. Na landingu Vee dla przychodni zostały tylko strona główna, formularz i kontakt.
Co musi mieć
- Nagłówek zgodny z reklamą. Człowiek od razu widzi, że trafił tam, gdzie chciał. W promocji Acer Predator wersja landing page dla x-kom zaczyna się tym samym hasłem co grafika do social media: „Kup desktop i zgarnij −50% na monitor”.
- Jedno główne CTA. Na dłuższej stronie powtórzone kilka razy, zawsze z tą samą etykietą.
- Argumenty w kolejności pytań klienta. Co to jest, co mi da, ile kosztuje, dlaczego mam wierzyć.
- Dowody. Opinie, liczby, logotypy klientów, certyfikaty. Bez nich obietnica z nagłówka zostaje gołosłowna.
- Krótki formularz. Każde zbędne pole to jeszcze jeden powód, żeby zrezygnować.
Kiedy landing page ma sens
Przede wszystkim przy kampanii, której wynik chcesz policzyć. Landing page ma jeden cel, więc łatwo zmierzyć jego konwersję i porównać źródła ruchu. Można też testować dwa warianty nagłówka albo zdjęcia i zostawić ten, który działa lepiej.
Test A/B potrzebuje jednak ruchu. Przy kilkudziesięciu wejściach tygodniowo różnica między wariantami najpewniej będzie dziełem przypadku. Wtedy więcej powie rozmowa z kilkoma klientami albo test użyteczności niż czekanie na statystykę.
Landing page nie zastąpi strony firmowej. Kto chce sprawdzić firmę dokładniej, i tak tam trafi. Obie strony powinny więc mówić tym samym głosem i wyglądać jak jedna marka.