Nie każda firma potrzebuje sygnetu. Wiele marek żyje z samym logotypem i dobrze na tym wychodzi. Symbol zaczyna się opłacać tam, gdzie napis nie ma miejsca: w małym awatarze w social mediach, w ikonie aplikacji, w faviconie, na metce, w hafcie na kołnierzyku. Długa nazwa wciśnięta w małe koło przestaje być czytelna. Prosty znak dalej jest czytelny.
Logo, logotyp i sygnet
W polskiej praktyce logo to całość, logotyp to część z napisem, a sygnet to część graficzna. Zwykle występują razem. Sam sygnet pojawia się tam, gdzie ludzie już go znają albo gdzie nazwa i tak stoi obok, np. przy profilu firmy podpisanym jej nazwą. Każdą z tych wersji, razem z zasadami użycia, opisuje księga znaku.
Symbol trzeba wypromować
Nowy sygnet sam nic nie mówi. Znaczenia nabiera dopiero wtedy, gdy ludzie wiele razy zobaczą go obok nazwy. Marka, która dopiero wchodzi na rynek, nie powinna więc chować nazwy i zostawiać samego symbolu.
Drugi częsty błąd to sygnet, który opisuje branżę wprost: dom dla dewelopera, ząb dla dentysty, liść dla wszystkiego, co ekologiczne. Takie znaki giną wśród podobnych znaków konkurencji. Lepiej działa forma, z której da się zbudować coś więcej. Dla Itrons z jednego heksagonu zbudowaliśmy system pięciu submarek.